Tekst pochodzi z numeru 13 (3/2001) czasopisma Anyten Mlek. All rights reserved.
Tekst bez tytułu o niczym (chyba)
Konrad Grochowski

Przepraszam wszystkich twórców wymienionych postaci za przeniesienie ich w czasie i przestrzeni do bliżej nieokreślonego miejsca w bliżej nieokreślonym czasie.

Kuba Rozpruwacz dopiero nad ranem wrócił z pracy. W Biurze kazali mu zrobić kontrakt na 2 mln na wczoraj. Po 16 godzinach pracy musiał się rozerwać, a raczej rozpruć... Jak tylko gospodyni zobaczyła go w drzwiach wiedziała, że tego garnituru już się nie dopierze. Kuba przejrzał się w lustrze i doszedł do wniosku, że na rozrywkę lepiej nie ubierać się u Armaniego, bo zabawa za drogo wychodzi. Nim wszedł do pokoju, gospodyni uprzedziła go jeszcze o tym, że od 5 godzin czeka na niego gość. W pokoju przy stoliku ktoś układał pasjansa. Kuba oprzytomniał: "No tak, przecież umówiłem się z Rambo na partyjkę pokera". Głośno powiedział:

- Podobno długo już tu siedzisz. Albo masz interes, albo coś cię gryzie.

Rambo zaskoczony gwałtownie się odwrócił, ale gdy zobaczył pytającego odłożył obydwa CKM'y z powrotem pod stół i westchnął tak, że ścianom żal się go zrobiło.

- Co? Nie poszczęściło ci się? - próbował, mimo zmęczenia, nawiązać rozmowę Kuba.
- Żadnego... Ani jednego... Nigdzie nie było Wietnamców. Złaziłem pół miasta i nic. Nawet pod stadionem ich nie było.
- Mogłeś paru Ruskich, jak już byłeś na miejscu.
- Eee... Ruscy - nie moja działka. Ale po twoim wyglądzie widać, że przynajmniej tobie się poszczęściło.
- Tak, ale nie dla przyjemności, lecz z konieczności - byłem zły.
- A nie wiesz co z Chuckiem? Szukałem go bo liczyłem, że razem poszukamy Wietnamców, ale on chyba zaginął w akcji.
- Ależ skąd! Skarżył się, że tu nudno i pojechał do Teksasu kogoś skopać.
- Kogo?
- Czy to ważne? Kogokolwiek. W razie gdyby przesadził powie, że jest z oddziału Delta Force 20 i wykonuje tajną misję.
- Temu to dobrze.
- No - zgodził się rozmarzonym głosem Kuba - Ja to się zawsze boję, że mi ten tasak kiedyś z kieszeni na ulicy wypadnie.
Rambo z Kubą grali w pokera i użalali się nad sobą do południa. Wtedy zgłodnieli. Kuba się przebrał, Rambo zrobił kilka pompek, bo przez noc jego pot zdążył wywietrzeć; i poszli. Po drodze minęli elitarną restaurację. Rambo szturchnął Rozpruwacza:
- Ty, patrz! Bond.
- Cham się nawet nie ukłoni! Udaje, że nas nie zna.
- Uważa się za lepszego - elitarnego. Poza tym ma już licencję na zabijanie i starzy nauczyciele mu niepotrzebni...
- He! He! Ale mi elita. Właśnie kopie jakiegoś przechodnia w zadek.
- A... to porucznik Borewicz. Bond chyba nigdy mu tej siódemki nie daruje.
W McDonaldzie usiedli w kącie, aby móc obserwować całą salę - zawodowe przyzwyczajenie. Rambo opuścił Kubę na parę minut aby wykonać telefon do maklera (szykuje się dobra transakcja). Wtedy podszedł do niego uradowany MacGuyver.
- Co tak zęby szczerzysz? - zagadnął Kuba - Wyglądasz jakby jakiegoś przeciwnika udało ci się nie uratować.
- No!!! I to dwóch naraz!
- Nieźle, stary! Rozwijasz się.
Rambo wrócił, przywitał się z Mac'em, ale prawie od razu wybiegł, bo zobaczył Wietnamca handlującego sznurówkami na rogu. Rozmowę Rozpruwacza i Guyvera zagłuszyły na chwilę (ale tylko na chwilę) strzały.
- Mac, wiem, że technika poszła naprzód, ale ja jestem staromodny.
- Nie rozumiesz! Piła łańcuchowa daje ci zupełnie nowe możliwości. Mam katalog. Zobacz, mogę ci taką załatwić za pół ceny plus moje ulepszenia gratis.
- Co znowu za ulepszenia?
- Elektrowstrząsy, 5 kV. Działają na baterię taką jak w zegarku.

Ich rozmowie przysłuchiwali się ze stolika obok Hercules Poirot i Sherlock Holmes.
- Przysłuchując się ich rozmowie - rozpoczął wywód Poirot - możemy sobie stworzyć portret psychologiczny każdego z nich. Dzięki temu znając rodzaj zbrodni od razu będziemy mogli przyporządkować ją jednemu z tych typów psychologicznych i sprawa rozwiązana. Wiem, że to brzmi skomplikowanie, ale nie każdy dorasta geniuszem Herculesowi Poirot.
- Po pierwsze dowód! Gdybyśmy ich teraz nagrali, a na miejscu zbrodni znaleźlibyśmy... powiedzmy piłę łańcuchową, wiedzielibyśmy, że to on i sprawa rozwiązana. Ważne są dowody i umiejętność łączenia ich w logiczną całość - dedukcja!
- Ależ, mon ami! Psychologia jest najważniejsza!
- Nie, nie, najważniejsze są dowody i dedukcja.
- Psychologia! - Hercules
- Dowody! - Sherlock
- Psych..wody...do..sy..wo..logia - kłótnia
- Na zewnątrz - obaj

Rambo wracając minął dwóch śmiesznych staruszków okładających się laskami na ulicy. Po chwili zjawiła się policja oraz FBI z agentem Mulderem. Ten, nie widząc ani UFO, ani swojej siostry w okolicy, poszedł na duże frytki i szejka. Ponieważ szejk Iranu właśnie wyjechał, musiał zadowolić się tylko frytkami. Przy stoliku w kącie zobaczył starego znajomego.
- Kuba! Kopę lat!
- Fox! Niech cię UFO strzeli.
- Ty! Bez takich.
- Sorry! Siadaj i opowiadaj co u ciebie.
- Nic ciekawego: tęsknię za starymi czasami. Pamiętasz ten odcinek, gdy ścigałem cię przez pół miejskiej kanalizacji? Ech, to były czasy! Teraz to nawet psychopaci nie ci sami, co najwyżej gardło poderżną. Nawet rząd o dziwo nic nie knuje. Ale, Kuba, może byś tak kogo szlachnął, ja bym cię poganiał, a potem na koniec, kiedy będziesz już miał rozpruć Scully to ja wpadnę, strzelę ci 15 razy z Pancerfausta w głowę, ale ty przeżyjesz, będziesz miał tylko lekką bliznę, żeby wrócić za pół serii.
- Wiesz, szlachnąć kogoś to ja bardzo chętnie, szczególnie jeśli jest młode, ładne i w spódniczce, ale na to ganianie to już jestem za stary. Ale gadaj co z tym rządem, bo mi się wierzyć nie chce.
- Nic specjalnego - wybory idą. Więc są dobrzy dla elektoratu, a rżną się nawzajem, żadna frajda: zawsze wiadomo kto, kogo i dlaczego.
- Ale po wyborach to się odwróci i będzie ciekawie - pocieszył Muldera optymistyczny MacGuyver.
Skończyło się tym, że wszyscy umówili się na brydża wieczorem u Kuby.

* * *

Gdy rozpoczynali trzeciego robra, ktoś zapukał do drzwi. Kuba, jako gospodarz, poszedł otworzyć. Chwilę po naciśnięciu klamki zalał go potok słów. Był to tak wytrenowany domokrążca, że prędkością wyrzucanych z siebie słów ogłuszył nawet Kubę, który pozwolił wejść mu aż do kuchni. Kuba w tym czasie zdążył załapać tylko tyle, że domokrążca nic nie sprzedaje (co jeszcze bardziej ogłuszyło rozpruwacza), tylko oferuje swoje usługi i że jest cichym spokojnym fanatykiem religijnym, w wolnych chwilach uczącym się pilotażu. Gdy odkręcił w kuchni gaz i postawił w pokoju na stole miernik gęstości krytycznej gazu (nie przerywając potoku słów), do Kuby docierać zaczęły pierwsze słowa domokrążcy o tych usługach, ale ostatnie już zapomniał, bo powyżej 20 słów na sekundę już nie wyrabiał. Kiedy na czujniku zapaliła się lampka, młody mężczyzna przerwał mowę, ukłonił się wszystkim i powiedział cicho i spokojnie:
- Dziękuję panom, że raczyli mnie wysłuchać i zrozumieć. Będą panowie zadowoleni!

Po czym wyciągnął zapalniczkę...

Ulicę oświetliła niebieskawo-pomarańczowa łuna, a z okolicznych domów posypało się szkło. Jedyny przechodzień na ulicy wyjął nadajnik radiowy z turbanu:
- Mustafa! Zmiana planu! Ktoś nas uprzedził! Skręcaj na Amerykę!


10.2001