Tekst pochodzi z numeru 14 (1/2002) czasopisma Anyten Mlek. All rights reserved.
Baśń
Ryszard Kostecki

Obudził się rano w swojej rodzinnej równinnej wiosce. Był wśród zwykłych ludzi. Żyli oni zwyczajnie, raz radośniej, raz smutniej. Czasem było im ciężko - gdy lato wypalało pola suszą, czasem lżej - gdy plony wyrastały szczególnie dorodne. Mieszkańcy nie wiedzieli dlaczego tak się dzieje, lecz radzili sobie. Żyli. A on tak samo jak oni - żył wraz z nimi. Pewnego dnia coś zaczęło go ciągnąć w stronę gór. Czasem, choć rzadko, bywało tak, że ludzie odchodzili z wioski. Nikt nie wiedział dlaczego. Tak po prostu bywało. I nadszedł dzień, w którym i on odszedł. Szedł w stronę najwyższego - jak mu się zdawało - pasma. Dlaczego? Sam nie wiedział. Coś go ciągnęło...

Po drodze spotkał Przyjaciela. I Przyjaciel poszedł z nim. I wchodzili pod górę, widząc z góry coraz większe i większe widoki. I wchodzili dalej. Jednak im wyżej wchodzili, tym im ciężej było, więc wyrzucił on z torby podróżnej rzeczy które wziął z wioski. I szli dalej. Lecz nastała taka chwila, w której Przyjaciel powiedział, że nie ma sił iść dalej. I opuścił on Przyjaciela, bo siła która go ciągnęła w górę miała większą moc. Wspinał się więc on coraz wyżej i wyżej, a spoglądając w dół widział wciąż więcej i więcej, a rzeczy na równinach wydawały się coraz mniejsze i mniejsze. I im więcej widział, tym bardziej chciał wejść jeszcze wyżej.

Aż pewnego dnia dostał się na sam szczyt. Spojrzał wtedy w dół i zachwycił się widokiem, bo widział wszystko, co działo się na ziemi, choć każda z widzianych rzeczy wydawała się być znaczącą mniej niż ziarnko piasku. Popatrzył na wioskę, z której kiedyś wyruszył, i zobaczył, jak była ona mała w porównaniu z ogromem świata. "A przecież kiedyś była ona całym moim światem" - pomyślał. Spojrzał na miejsce w którym się znajdował. A był to pozbawiony jakiegokolwiek życia skalny szczyt, po pustce którego wiał zimny wiatr. On jednak stłumił niepokój: "Po tylu trudach dotarłem. Widzę stąd wszystko. Zamieszkam tu". Jak pomyślał tak uczynił. Jednak wraz z upływem dni coraz bardziej doskwierała mu samotność. "Cóż z tego, ze mam tu jak na dłoni cały świat?... Martwota tego pustkowia przeraża mnie" - coraz częściej myślał.

I nastał dzień w którym porzucił on martwy szczyt i zszedł do przełęczy położonej niżej. Z przełęczy tej nie widział już wszystkiego co się dzieje na ziemi, chociaż nadal widział wiele. Lecz za to rosły tam rośliny, a nawet kwitły kwiaty. Z miejsca tego martwy szczyt było jednak widać. Można było się na niego wspiąć. Ale on jednak nigdy już tego nie uczynił. Zamieszkał w przełęczy. Było z niej też widać jego rodzinną wioskę. Była ona większa od ziarnka piasku, można było nawet dostrzec bawiące się dzieci. Z czasem koło jego domu zdarzało się przechodzić różnym wędrowcom. Kilku z nich zostało. Odnalazł też Przyjaciela. I byli szczęśliwi.


28-29.5.2001