Tekst pochodzi z numeru 14 (1/2002) czasopisma Anyten Mlek. All rights reserved.
Logorhea
Wyciśnięta z tubki bez krzty natchnienia
Ryszard Kostecki

moim dawnym nauczycielom angielskiego (pozytywnie)
oraz wszelkim TFU-rcom (negatywnie)
dedykuję

I

Wzdłuż przydługich soczewek lamparcimi skokami płynęła sobie pobłażliwa soczewica. Nie dane jej jednak było zalegalizować swej lubieżnej taktyki, bowiem odchodzące już na emeryturę pijawki z lewostronnym układem kierowniczym zmniejszyły swą rozciąganą nad soczewicą opiekę do infinityzemalnie małego kwanciku, ledwie wystarczającego na przysłowiowy wyciskacz do cytryn. Nie mogła więc biedna soczewica nabyć praw do infrastruktury kompleksu rekreacyjnego. Na to tylko czekała Organizacja Wyzwolenia Sałaty...

II

A był to, o brajdaszkowie moi, przepełniony bezguściem listopad, ryli horror szoł... Dżoł obudził się i ziewnął. "Co za obrzydliwy dzień". To była prawda. Wstał z łóżka na swojego psa, czyniąc z niego mięsistą plamę. W tymże momencie usłyszał jakieś dziwne hałasy dochodzące zza jego pleców. Obrócił się i... ujrzał tam wielkiego zielonego potwora, który pożerał jego łóżko. "Dlaczego to robisz?" - spytał się potwora. "Blablabla" - ten odpowiedział. Dżoł zrozumiał, że pozostało mu już tylko jedno wyjście z tej sytuacji - zabicie potwora. Wziął więc swoją piłę elektryczną i zrobił nieco mięsnych kostek dla szkoły (w której pracował jako nauczyciel matematyki). "To było kuól!" - powiedział Dżoł i wyszedł z Dworca Centralnego (to był jego dom). Dżoł uznał, że nadszedł tajm for sam reflexjas... "Mój dom ma obrzydliwe ściany. Muszę naprawić ten błąd" - pomyślał i udał się do warzywniaka po odrobinę napalmu - "Jeśli nie będzie budynku, nie będzie też tych wstrętnych ścian." - logicznie uznał. Wszystko poszło jak po margarynie, ale, gdy już zniszczył cały dworzec, policjant z policjantką z psem policyjnym z koniem policyjnym z kotem policyjnym z wszą policyjną z pluskwą podsłuchową ujrzeli go i poczęli go gonić. Biegli przez miasto, pole, las, następne pole, aż wreszcie wbiegli do starego mrocznego zamku w drzwiach. Drzwi same się otworzyły, a oni wbiegli weń. I stanęli nagle wryci w ziemię 16-tonowym odważnikiem, zbyt przerażeni, by uczynić coś Dżołowi. Ujrzeli bowiem staromodnego szlamistego szklarza ze szklaną szklanką. Smarował on spiżem kabaczka, lecz wszyscy i tak wiedzieli, że był radzieckim szpiegiem. Wyjął on swoje sznurowadło i począł polerować swój zabytkowy karabin, który oszpecał krajobraz. Lecz to nie był koniec. Wydostawszy się spod odważnika iście salmonellowym sposobem, przemalowawszy słowo "16 ton" na "16 dkg", wbiegli nasi boh-ate-rowie na drugie piętro, gdzie ujrzeli kosz mar, deszczowiec, czyli tzw. hitler: w ossuarium kosztowna smuga zmierzwionych wnioskodawców kosiarkami kosiła korzenie kos. "Cały świat jest skorumpowany!" - zakrzyknął Dżoł i skorygował swój tor w okno. Spadał, spadał, spadał i spadał... Aż w końcu rozbryzgał się szczęśliwie na cmentarzu. Wiele lat później, podczas pikniku na leśnej polanie, matka rzekła do córki: "Jak smakuje ci ten obsmarkany topór?"...

III

..."Ilość zębów jest odwrotnie proporcjonalna do częstotliwości uderzania w twarz pięścią" - odpowiedziała matce córka, z zawodu teoretyk zamieszek antyglobalistycznych. Była to jednak próba racjonalizacji ignorancji poprzez ignorancję racjonalizacji - ich rodzina rozpadała się z czasem połowicznego rozpadu równym pół roku. Zostały tylko one dwie i wiedziały, że lada chwila ("lada sklepowa jest co nie lada" - Sklepowa) stanie się To. Myliły się. Nie uwzględniły tego, iż nad modrym asfaltem przeleciała lotem koszącym żaba bez uśmiechu. To wprowadziło dodatkowy relatywistyczny człon do równania Kleina-Gordona. Dżoł zmartwychwstał. Podśpiewując sobie utwór "Łan" zespołu Plasttica: "Dałeś mi panie zboża łan / Teraz jestem sam!" zabrał się do realizacji dziecinnych planów. Był to szkic jednoaktowego postmodernistycznego dramatu "Dziki dzik":

Dziki Dzik

najstarszy dramat Dżoła Bsena
(na podstawie "creatio ex koprofilo" Sedesa z Bakielitu)

PROLOG

CHORUS:
Szprycujmy, o mili bracia
Denaturatem pomidory zielone
Bowiem wtedy, o siostry drogie
Staną się one czerwone
MASTA OF CEREMONY:
Erste bros' eye'm na genom pomidora,
cywilizacja nasza chora, konsumuje wciąż więcej
i więcej, upodabniając się tym do węża, swój ogon
pożerającego. Lecz wąż kiedyś zadławi się swym ogonem...
MASTA OF CEMETERY:
Ja wtedy będę ręce swe zacierał,
a Matka Ziemia w swe łono znów przyjmie dzieci swe.
AUTOR:
7.4.1943 Albert Hoffman zsyntetyzował LSD. Ja urodziłem się w jedną z rocznic tego wydarzenia. Faktycznie nic w tym interesującego. Tak jak i w tym, co przedstawia sobą gatunek sam przez siebie nazwany podwójnie myślącym. Czasem słyszy się, że ludzkość toczy rak. Ale przecież nowotwór to nic innego jak niekontrolowane namnażanie się komórek. Od LSD giną komórki nerwowe, kto więc przyjmuje LSD, nie będzie miał raka mózgu. To pocieszające.

AKT I

DR HAB. ZIÓTEX: Dzień dobry, oto moje CV, PIN, NIP, SMS, TEL, FAX i MAIL
MR. BOSS: Jó hef ferry inderezdink kfalifikejszons... Łot iz diz: "filozofia"?
DR HAB. ZIÓTEX: A, to nauka o laniu wody, coś w stylu hydrauliki słów.
MR. BOSS: Oł, aj anderstend. Łot tajp of mjuzyk du ju pryfer?
DR HAB. ZIÓTEX: Dizko poloł we're hüring!, nawiasem kwadratowym mówiąc.
MR. BOSS: Ołkej, ju hef dys dżob, aj em gled tu hef ju es nju "sprzątaczka". Be tumoroł et fajf aj em.
DR HAB. ZIÓTEX: Ołkej.

EPILOG

CHORUS:
A tak w ramach wyjaśnienia,
Moi mili towarzysze niedoli,
Powiem wam o co chodziło
W całym tym słów bałaganie:

Zbyt dużo jest rzeczy
Siebie samych uważających za ambitne,
Zbyt wiele ich -
A ta pisanina moja nabijaniem się z nich.

Staram się tu płynąc na fali
Jakichś wolnych skojarzeń
I drwić, drwić, drwić!
Aż do zbełkocenia.

FIN.


5.8.2001