Tekst pochodzi z numeru 14 (1/2002) czasopisma Anyten Mlek. All rights reserved.
Przeminęło z falą uderzeniową
Konrad Grochowski

Michałowi Fataliście, bo zawsze gdy fatalizuje przypomina mi, że w moim rozumieniu świata nie warto być fatalistą. (wbrew pozorom ta dedykacja jest jak najbardziej pozytywna)

[godz. 0:00]

...naprawdę mi się nie podobało, więc z lubością przerwałem czytanie przygód Szkielet O'Hary, by podrapać się po lewej brodawce na górnej wypustce, przy trzeciej ręce. Niestety musiałem wrócić do lektury, gdyż była ona obowiązkowa jako pierwszy melodramat ery postnuklearnej. Pierwszy i jak na razie jedyny. Pewnie tylko dlatego obowiązkowy, bo osobiście uważam, że autorce / autorowi (to jedno z tych ludzi, którym promieniowanie zniszczyło... no wiecie, ten tego) przeminął z falą uderzeniową mózg (nie mówiąc o organach opisanych w poprzednim nawiasie). Jednak poczucie obowiązku doprowadziło mnie do końca rozdziału. Poczucie obowiązku było jednak słabsze od konieczności zachowania mózgu w czterech kawałkach. Poszedłem się więc przewietrzyć, wcześniej szczelnie zamykając książkę - tak na wszelki wypadek. Pierwszy dobry łyk tlenku azotu przywrócił mnie do normalnego świata. Postanowiłem się przejść. Idąc ulicami Warszawy (choć ciężko było stwierdzić różnicę między ulicą a wieżowcem) i potykając się co trochę o jakieś odłamki budynków dotarłem na Starówkę (omijając Park, oczywiście, bo odkąd widziałem wybiegające stamtąd drzewo, na którym bawiłem się w dzieciństwie, ogarniało mnie dziwne uczucie (nie strach bynajmniej!) na myśl o przejściu przez Park). Szwendałem się po gruzach, odtwarzając w myślach układ ulic, takie małe ćwiczenie dla pamięci. Zamyśliłem się tak bardzo, że nie zauważyłem nawet jak dotarłem na Bednarską. Uświadomiło mnie o tym uczucie zjeżdżania w dół, po dużej stromiźnie, z niebagatelną prędkością. Zapomniałem, że Skarpa poczęła się osuwać i jest trochę bardziej stroma. Od niechybnej śmierci w bajorze wypełnionym "wodą" wiślaną, leżącym w leju u p odnóża Skarpy, uratował mnie wielki metalowy palec. Tak, to brzmi dziwnie i mnie też zdziwiło, szczególnie, że po bliższych oględzinach okazał się być palcem ze Statuy Wolności. Po głębszym zastanowieniu doszedłem jednak do wniosku, że przy odpowiednim czasoprzestrzennym układzie eksplozji mógł on dotrzeć aż tutaj. Ponieważ zawsze lubiłem zagadnienia fizyczne, a to było szczególnie ciekawe, nawet nie zauważyłem, że tak idąc na pamięć trafiłem do Parku.

[godz. 0:40. Muszę iść spać, bo jut... dziś jestem umówiony z Magdą. Na Starówce. Pójdę przez Park.]

[godz. 0:45. Piszę jednak dalej. Wena to wena.]

Zorientowałem się gdzie jestem dopiero stojąc w środku Parku. Wracać nie było sensu, więc poszedłem naprzód. Ponieważ mój umysł był wciąż zmącony trasą Nowy Jork - Warszawa przez oba bieguny, oraz zalany adrenaliną (dziwne, ale nie zmutowaną) niewiele pamiętam z tej wizyty. Pewien jestem tylko, że drzewa okazały się o wiele przyjaźniejsze niż się mi wydawało. Na następny dzień umówiłem się z nimi na partię szachów, a z kilkoma krzakami na bierki (muszę ćwiczyć zręczność trzeciej ręki). Kiedy dotarłem w końcu do domu jak zwykle na ławeczce, na małym placyku zabaw siedziała mała grupka. Im to dobrze: czy to deszcz, czy śnieg, czy fala uderzeniowa, faceci siedzą na ławce i klną, a dziewczęta przy nich się wdzięczą i rechoczą, ewentualnie próbują przebić ich bluzgi. Jedyne co się w ostatnim czasie zmienia, to ich wygląd zewnętrzny. Wyrosło im trochę więcej kończyn. Ale dziś przyjrzałem im się lepiej i przestałem im zazdrościć. Zauważyłem, że coraz trudniej odróżnić Wdzięczące od Klnących. Zamieniają się w jednolitą, bezkształtną, rechoczącą galaretę. Im bardziej galaretowieją, tym bardziej ich nigdy nie używany mózg rozpuszcza się, a oni robią się weselsi, więc bardziej galaretowieją i koło się zamyka. Niedługo staną się jedną wielką kluchą, przerośniętym pantofelkiem. Boże! Jak to dobrze po ciężkim dniu podbudować się optymistyczną wizją. Zastanowiło mnie tylko, gdzie ta klucha będzie mieszkać. Chyba codziennie u innego swego składnika. Brr... to oznacza, że czasem wpełźnie na moją klatkę. Byleby nie zostało po niej wiele śluzu. Ale należy się Wam odpowiedź na pytanie dlaczego napisałem o klatce, skoro wcześniej o gruzach. Otóż mój blok to dobra socrealistyczna robota lat pięćdziesiątych - wielkie kolumny i półmetrowej grubości ściany (średnia z przedziału 1 cegła - 2 metry). I wytrzymał. Metro się zawaliło, a on wytrzymał (przepraszam! W metrze wytrzymały drzwi przeciwatomowe). Kiedy w końcu wziąłem do ręki "Przeminąło z falą uderzeniową", zdałem sobie sprawę z tego, jak bardzo jestem zmęczony, więc zostawiwszy oko otwarte tylko na podczerwień, poszedłem spać.

[Już 1:00, a ja nie chcę się spóźnić do Magdy, bo po drodze jeszcze czeka mnie partia szachów z klonem. Nie! Zaraz! Ja o tym tylko piszę! Aaa! Czuję utratę własnej osobowości. Lepiej pójdę spać. Zresztą ręka mnie boli od pisania, powieki ważą tonę, a jeśli spóźnię się godzinę, to Magda może mnie nie zabije, ale chyba sobie pójdzie. No, odłóż w końcu ten długopis. Spać !]

[22:30 Dzięki różnym cudownym zjawiskom udało mi nie spóźnić i nawet wrócić, ale już nie przez Park. Nie mam siły robić matmy, więc będę pisał. No to zaczynamy.]

Moje oko na podczerwień zostało rano mocno pobudzone (zresztą jak zwykle) przez przemarsz protestantów z pochodniami przeciw współistnieniu ich - normalnych - i mutantów na jednej Ziemi. Biedacy chyba dawno lustra nie widzieli. Z radosnymi okrzykami zatrzymali się na skwerku po drugiej stronie ulicy. Spotkali tam na ławce śpiącego niezmutowanego. Facet miał szczęście. Dobre tanie polskie wino zapewniało mu błogi sen praktycznie codziennie. Po prostu przespał falę uderzeniową i mutację. Radosne okrzyki tłumu też nie zrobiły na nim wrażenia. Uśmiechnął się tylko błogo i mocniej przytulił butelkę do piersi. Jakiś obudzony krzak począł krzyczeć na ludzi, by sobie poszli i nie budzili całego parku. Tłum entuzjastycznie rzucił się z pochodniami na krzak. Po rytualnym oczyszczeniu ogniem krzaka z mutacji i rozsypaniu popiołów na cztery wiatry, przewodniczący tego zgromadzenia wygłosił przepiękną mowę na temat roli ich ugrupowania w cywilizowanym świecie i ich humanitarnych celach. Swoją drogą, przewodniczący chyba najdłużej nie patrzył w lustro. Przysłuchując się jego oracjom zdążyłem się ubrać i spłukać co większe bakterie HClem. Starając się nie myśleć o krzaku, udałem się na partyjkę szachów.

[Ble! Mój mózg chce chwilkę odpocząć. Spakuję się na jutro i piszę dalej]

[23:15. Dobra, chcę dziś jeszcze poczytać coś (dla przyjemności), więc napiszę tylko o tym, co chciałem napisać siadając do tego zeszytu]

Wychodząc zaobserwowałem ciekawe zjawisko. Po pierwsze: przyszła klucha siedziała na zewnątrz, gdy było jasno. Po drugie: przesiadła się na ławkę bliżej piaskownicy. Doszedłem do wniosku, że nie muszę już bać się śluzu na klatce. Przyszła klucha będzie tu najwyraźniej siedzieć przez 24 godziny na dobę. To miłe. Szczególnie, że ławka przy piaskownicy jest dalej. Jeśli ktoś zastanawia się, czemu się przesiedli, to niech przypomni sobie, że niektóre pierwotniaki (bodajże ameba) wykazują chemotaksję kwasową dodatnią, czyli pełzną do kwasu. A wiecie: przez 17 lat moich obserwacji wspomniana wcześniej piaskownica służyła tylko za kuwetę dla wszystkich psiórków z okolicy, więc sami rozumiecie. Tak vogóle to poczułem się winny nazywając galaretę pantofelkiem. Przecież on miał fototaksję, a poza tym galareta od razu powinna kojarzyć się z nibynóżkami. Ech, nigdy nie byłem dobry z biologii, biedny mat - fiz. To może ja umówiłem się na te szachy z dębem, a nie z klonem? Tak czy siak, wolałem się pośpieszyć, bo przez obserwację tej kolonii pierwotniaków straciłem dużo czasu. Szybkim marszem, z podskokiem na ogonie, podążyłem do Parku.

[23:30. Czy naszemu bohaterowi uda się tam dojść? Czy wygra w szachy? Ile wynosi logarytm o podstawie 1999! z pierwiastka stopnia -2/3 z -2? Na niektóre z tych pytań odpowiem Ci, drogi zeszycie, przy następnym pisaniu. Czas zjeść kolację]

[23:20. Liczyłem, że dziś napiszę coś w dzień. Ale niestety. I tak jest wcześnie. Nie przedłużam więc]

W parku, niestety, nie zastałem mojego partnera do gry. Okoliczne krzaki twierdziły, że przez noc bardzo rozwinęły mu się mięśnie, podobno kosztem mózgu. Dziś rano odezwał się w klonie zew natury i pobiegł polować na gepardy. Zrobiło mi się trochę smutno. Widać roślinom nie była pisana inteligencja. Nie przeszkadzało mi to jednak grać z nimi pół dnia w bierki. Po południu znów odezwało się poczucie obowiązku i wróciłem czytać "Przeminęło falą uderzeniową". Musiałem to przeczytać. Jutro trzeba będzie iść do szkoły.

[Tak, rozumiem ból mojego bohatera, jednak nie przerwę pisania i doprowadzę jego tragiczne losy do końca]

W szkole, oprócz (o dziwo) znudzenia, pojawiło się we mnie nowe uczucie. Była to chęć wybiegnięcia na zewnątrz i wydania z siebie donośnego krzyku. Na szczęście w szkole nie było już wewnątrz i zewnątrz. Ale gdy podobne uczucie dopadło mnie na matmie, począłem się zastanawiać. Znudzenie wytłumaczyłem tym, że lekcję prowadziła biedna istota, która chciała zakończyć swą edukację niezależnie od sytuacji na świecie (zresztą jak ci wszyscy, którzy tu zostali, po to chyba tylko, by nie zgłupieć i mieć co robić), a resztę odczuć uznałem za efekty uboczne. Jednak, gdy sytuacja powtórzyła się na fizyce, poczułem się poważnie zaniepokojony. Szczególnie, że dołączyło się do tego wszystkiego pragnienie złapania dwóch cegieł i tłuczenia ich o siebie. Ze szkoły wyszedłem, delikatnie rzecz ujmując, wytrącony z równowagi. Gdy na ulicy spotkałem ludzi, słuchających wywodu jakiejś kobiety o biosyntezie termojądrowej w ludzkim mózgu*, poczułem się totalnie zagubiony i właściwie biegiem podążyłem ku swym rodzinnym stronom, by tam szukać wytchnienia. Ponieważ potrzebowałem jakiegoś towarzystwa z IQ > 0, udałem się do parku. Tam panowała jednak całkowita anarchia, a rośliny stały się nie tyle co drapieżne, ale bezsensownie agresywne. Drzwi zatrzasnąłem z sercem w gardle. Trzęsącymi się rękoma łapałem się czegokolwiek, co odwróciłoby moją uwagę od świata i pobudzało do myślenia (książek, krzyżówek, nawet pracy domowej). Jednak bezskutecznie. Moje oczy wciąż same kierowały się na dwie cegły leżące na parapecie. W końcu, nie wiedząc co robię, wstałem i zacząłem zbliżać się do nich z wyciągniętymi rękoma i uczuciem błogości na sercu. Gdy stuknąłem nimi pierwszy raz, uśmiechnąłem się i poczułem jak nosem, na podłogę, skapuje mi resztka mózgu...

W centrum miasta, po wielowiekowej nieobecności na Ziemi, pojawił się monolit. Od kilku ostatnich godzin zbierał dane. Był dziś czarniejszy, niż gdy pierwszy raz zawitał na Błękitnej Planecie. Po dokonaniu ostatniego rachunku, począł czernieć wciąż bardziej i bardziej. Kilka człekokształtnych stworów spojrzało się na niego, trzymając kamienie w rękach, z nadzieją w oczach. On jednak pociemniał jeszcze bardziej, przekraczając nawet granicę czerni. Po chwili wszystko w okolicy poczęło czernieć, a stwory poczuły wielką siłę wpychającą je do wnętrz ciemności...

[23:57 Finito. Jestem z siebie dumny. Może nie oddałem wszystkich uczuć towarzyszących mi przy pisaniu ostatniego akapitu (który jest swoistym hołdem składanym Arthurowi C. Clarkowi), ale podniosły mi one nieźle poziom adrenaliny. Wizja czarnej dziury w centrum miasta była fajna! Chyba coś jeszcze napiszę, ale tego nie przeczytacie... Dziękuję za uwagę]


*/ złączone i ciut przekształcone autentyczne wypowiedzi jednej ze słuchaczek Festiwalu Nauki - przyp. autora
11.2001