Tekst pochodzi z numeru 14 (1/2002) czasopisma Anyten Mlek. All rights reserved.
Psychoza
Konrad Grochowski

...Stanął pod płotem. Był on (płot) pod napięciem, a od chodnika odgradzały go zasieki. Wszedł na teren podstawówki obok - przy płocie granicznym nie było zasiek, jeszcze. Podszedł do starej, zaspawanej furtki. Na szczęście spawy nie były kwasoodporne. Lekcje chemii na coś się jednak przydały. Po chwili był w środku. Boisko przebiegł bez większych przeszkód. Potem szybko, uciekając przed światłami szperaczy, prawie skokami dotarł za budynek gospodarczy. Czujniki dymu, rozpylacze gazu pieprzowego i chemikalii znaczących nieostrożnych palaczy wyglądały w ciemności przerażająco. To były pozostałości po początkach projektu. Zaczęło się od zwykłych identyfikatorów...

Oficjalnie było to dla bezpieczeństwa uczniów. Teraz już nikt nie pamięta, jakie były prawdziwe motywy. Dość szybko dodano do identyfikatorów karty magnetyczne w celu ułatwienia procesu legitymowania przy wejściu. Jednocześnie unowocześniono system fotokomórek tak, że można było stwierdzić czy ktoś wchodził czy wychodził z korytarza i z grubsza można było oszacować gdzie i ile jest osób...

Dostanie się do kotłowni nie zajęło mu wiele czasu - chroniły ją tylko stare kłódki - 2 minuty wytrychem. W środku przypomniał sobie swój pierwszy plan: podłożyć tu bombę i cześć. Ale po ostatnim remoncie Centrum Dowodzenia ze wszystkich stron otoczone jest metrowej grubości murem. Podłoga niestety też...

Rozwój systemu kamer oraz głośniki "do zwracania uwagi" na każdym piętrze to był pierwszy krok, który wywołał duży sprzeciw uczniów. Ale, że już dawno ich życie ograniczyło się do wegetacji i zerowej inicjatywy, protesty szybko ucichły. Ci co krzyczeli za długo i za głośno po weekendzie po prostu nie przyszli, a w ich domach nikt nie odbierał telefonów.

Podszedł do ściany i dokładnie ją opukał (ale nie za głośno). W odpowiednich miejscach podłożył małe ładunki.

Na początku nikt nie wierzył aby kamery były też w toaletach, ale gdy głos woźnej z megafonów został zastąpiony komputerem podłączonym do bardzo dokładnego systemu fotokomórek i mikrofonów, a przed wejściem lub wyjściem z sali trzeba było używać karty magnetycznej, wszyscy byli gotowi uwierzyć, że są obserwowani nawet po wyjściu ze szkoły. Nikt już wtedy nie protestował. Zastraszenie osiągnęło stopień, przy którym zaczęły się pojawiać pierwsze donosy w skrzynce "Listy do dyrekcji".

Obudziły go słowa "Rączki, rączki Kloss". Najpierw się przestraszył, potem oprzytomniał i uświadomił sobie, że słyszy "Stawkę...", którą w stróżówce ogląda Ciocia Adela**. Odkąd wczepiono chipy i ciągłe patrzenie przez kamery stało się niepotrzebne, monitor znalazł nowe zastosowanie...

Potem rozpoczęło się przeszkalanie i wypożyczanie woźnych, oficjalnie by zaoszczędzić na ochronie. Wkrótce każda miała shocker, gaz pieprzowy i cyklon B dla bardziej opornych oraz zastrzyk antybiegunkowy. Te zastrzyki to był efekt nowego oprogramowania na głównym komputerze sytemu ochrony. Po prostu pewnego dnia z megafonów, z których zazwyczaj słychać było komunikaty komputera w stylu: "Uczeń Żebrzydowicki nie może wyjść na korytarz - liczba osób na korytarzu osiągnęła maksimum - 10", "Dlaczego uczeń Bełtowski próbuje wejść do sali 214, przecież nie ma tam lekcji? Niech uczeń odejdzie od drzwi i nie blokuje przejścia", itd., wydobył się (jeśli, drogi czytelniku, zapomniałeś, już o co chodzi w tym zdaniu to napij się herbatki na sklerozę z tego... no... eee...ten tego.. wiecie o co mi chodzi*) komunikat: "Uczeń Kowalski po raz trzeci dzisiejszego dnia korzystał z kabiny nr 3 w toalecie na 2 piętrze. Woźna X54 (uproszczenie imion dla opróżnienia pamięci komputera) ma sprawdzić co takiego jest w tej kabinie. Jeśli nic, proszę zaaplikować uczniowi 20 miligramowy zastrzyk antybiegunkowy." A był to już czas zasady: głos z megafonu każe, człowiek robi. Więc woźna X54 wzięła i poszła do apteki po zastrzyk...

Dzwonek na pierwszą lekcję wyrwał go z zamyślenia. Znów stał się czujny. A nuż któraś woźna pójdzie na obchód i zajrzy do kotłowni? Był to jeden z dwóch słabych punktów jego planu. Tych dwóch słabych punktów, z których zdawał sobie sprawę...

Namalowania pasów na korytarzach nie trzeba było już uczniom tłumaczyć. Sami się przekonali, że to w celu usprawnienia ruchu. Miejsca "parkingowe" na korytarzach zostały najpierw ograniczone, a potem całkowicie zlikwidowane. Wszyscy już tak przywykli do nierozmawiania (ze względu na podsłuchy), że od razu przechodzili do sal i zostawali w nich do końca przerwy. Przerwy zostały więc skrócone do minimum, a zaoszczędzony w ten sposób czas został wykorzystany na dodatkowe lekcje ideologiczne (wyjaśniające uczniom cudowne zmiany zachodzące w ich otoczeniu).

Pierwsza przerwa. Chwilę po dzwonku po szkole przeszedł odgłos ciągle otwieranych i zamykanych automatycznych drzwi oraz tupot nóg. Wykorzystał ten ogólny szum do odpalenia ładunków. Nikt nie usłyszał głuchego tąpnięcia w szatni 2 Fu wyciszonego przez grube zimowe kurtki.

Te automatyczne drzwi też ewoluowały. Najpierw karty magnetyczne, potem było... tak, chyba od razu, Ujednolicenie Fryzur. Niby, żeby nikt się nie wyróżniał. Ale kiedy wszyscy byli już łysi okazało się (a oficjalnie dopiero wtedy pojawił się ten pomysł), że tak łatwiej jest po prostu wytatuować na czole i tyle głowy kod kreskowy. To przyspieszyło procedurę przechodzenia z klasy do klasy. Ale czytniki łatwo się psuły lub uczniowie ustawiali się nie tak... Wszczepienie chipów pod czaszkę naprawdę ułatwiło życie. Było też tańsze. Zamiast czytników przed każdymi drzwiami, 3 czujniki na piętro dokładnie określające pozycję ucznia. Jeśli znajdował się przed drzwiami do sali w której miał lekcje i była przerwa, otwierały się. A jak nie to nie.

Wyszedł na korytarz. Kilka osób jeszcze bezcelowo się szwendało. Ktoś się z kimś witał: "Cześć 3C/5!". Tak, odkąd dla dalszego zwolnienia pamięci komputera używał on oznaczeń zamiast nazwisk, uczniowie sami zaczęli tak na siebie wołać. Bał się, żeby go ktoś nie rozpoznał. Wiedział, że jako bezchipowy uciekinier jest poszukiwany i wypowiedziane jego imię lub oznaczenie wywoła cichy alarm. Woźne dostaną o nim komunikat bezpośrednio do słuchawek, prawie już wrośniętych w ich uszy. Spokojnym krokiem podszedł do automatów z Colą. Obawiał się czy ktoś nie zwróci uwagi na to, że automat nie zapali zielonej lampki co oznacza: możesz korzystać. Nawet zakupy Coli były kontrolowane, a on, bezchipowiec, nie mógł korzystać z automatów. Ktoś może go "wsypać" nawet nieświadomie, pytając czy automat się nie zepsuł. To był drugi słaby punkt.

Dzwonek, koniec przerwy. Lekkie zamieszanie (tego nie udało się usunąć, jeszcze). Wślizgnął się za automat, wspiął się na podest Centrum Dowodzenia, w slangu, ze względu na karabiny maszynowe, zwany Redutą. Nim automaty zdążyły się odwrócić, unieszkodliwiła je eksplozja granatu. W szkole zapaliło się czerwone światło i megafony zaczęły wyć. Drzwi chciał otworzyć z kopa, ale zamontowano chyba już pancerne. Ale skorzystał z zasady: gdzie glan nie pomoże, tam z Pancerfausta poślij. Po sekundzie był już w środku i stanął przy głównym komputerze. Wyjął z plecaka DrMSW (Domowej Roboty Mieszankę Silnie Wybuchową). Ostatni rachunek sumienia. Ostatni raz przekonuje się, że działa dla dobra innych. Teraz tylko złapać za detonator (ale zimny!) i pociągnąć. 3...2... Błysk! Ale to nie DrMSW. Nie mógł przewidzieć, że na lekcji ktoś zostanie w Poko... Centrum Dowodzenia i będzie miał przy sobie działko plazmowe...

Nim stał się częścią szkolnej atmosfery, zastanawiał się czy DrMSW też wyparuje i czy zdążył pociągnąć... Tego on już się nie dowie.

P.S.

Drogi Czytelniku! Czy gdy czytałeś ten tekst, to śmiałeś się, czy...?

P.P.S.

Dziękuję za inspirację i kilka pomysłów Agnieszce i Magdzie, cudownym dziewczynom z 3d oraz Rysiowi, bez poparcia którego ten artykuł nie wyszedłby poza ściśle prywatne kręgi.


* - autorowi chodziło o herbatkę "Nascle - Rose" firmy Rysion & Rysion
** - a właściwie to nie Ciocia Adela, tylko woźna X4i4
11.2001