Tekst pochodzi z numeru 14 (1/2002) czasopisma Anyten Mlek. All rights reserved.
Sens życia
Ryszard Kostecki

Pożerające się wzajem wesołoskurcze ataków bezrozumnych rewolucji starły w proch naszą młodość, po czym nabiły tym prochem fajkę o kształcie trumny Wszechświata, gdyż jako z fluktuacji gluonowo-kwarkowych powstałeś, takoż weń się obrócisz, chyba, iż fizycy znów wymyślą jakąś nową hipotezę. Wszelako nie jest to istotne, bowiem nijakiego to wpływu nie miało i mieć nie mogło na rakiety rozbijające się w znużonym warkocie codziennych tramwajów wiozących betonowe figurki o płonących oczach do ich błyszczących orbit wieżowców - miejsc pracy, rakiety - nadmienić trzeba - balistyczne zazdrosnych spojrzeń wydzierających każdy centymetr wolnej trójwymiarowej przestrzeni kosztem miłości bliźniego swojego, chociaż w tych czasach nikt już jej nie trwonił nadaremnie.

Takimi też zastały miasto obłoki późnosnu, które różowymi objęciami spowiły prawdziwe oczy w tarcze śmiechu, mimo czołgów wdzierających się na przedmieścia tylko po to by zmienić nazwę systemu przewożącego żelbetonowe już gesty powitalne i pożegnalne z gazet w odruchy, nawyki, gdzie, żywiąc się czasem tych co jeszcze żyli i życiem tych co jeszcze mieli czas, czekać na kolejne czołgi, realizując tymczasem milionowe nakłady gazet, chipsów i popkornu. Lecz nawet ci, którym studnie, zasilane z podziemnych rzek mieniących się cicho regałami starych książek i spokojnymi wieczorami, nie wyschły, wciąż dając świeże łzy radości i smutku, czyszczące zmęczone źrenice z brudu czcionek drukarskich i młotów pneumatycznych telewizorów, nie mogli rozwijać skrzydeł tak jak niegdyś, bowiem ustawione wokół miastobetoniarek wielkie turbiny powietrza sztucznie wzbudzały prądy ludzi płynących znikąd donikąd wśród cieni uschniętych drapaczy chmur, pomiędzy którymi powstawały drobne zawirowania opadłych na zimę maklerów giełdowych, krążących wraz ze stadami niedopalonych papierosów na obraz i podobieństwo smaganego wiatrem i deszczem pobojowiska opustoszałego placu zabaw, gdzie już tylko zardzewiała huśtawka jakby w armagedonalnym tiku nerwowym bez końca powtarza swoje krrr krrr krrr.

Niejako jednak dzień był blisko. Wprawdzie krył się jeszcze w zakamarkach rur wodociągowych, tylko w nocy ośmielając się wychylić, zazwyczaj by pogłaskać po główce jakieś śpiące dziecko, rzadziej by dać niebieskie niebo i bilet do jutra jakiejś parze kochającej bardziej kwiaty na łące, niż te z plastiku, kupowane zazwyczaj w hipermarketach, pomiędzy stoiskiem z czasopismami dla kobiet i mężczyzn, a rachunkami za mieszkanie, dzisiaj muszę, kochanie, zostać dłużej w pracy, kompletnie cię nie rozumiem, załatwmy ten rozwód szybko, o jaka ładna sukienka... Ale co tam, nie było się czym przejmować - w końcu zawsze można było sobie zagrać z sędziwym gołębiem partyjkę szachów o losy Wszechświata. A tu bułeczka, marketing, galeria noworocznych spychaczy przyodzianych w purpurowe togi, zjazd dentystów szczotkujących tylko lewą górną piątkę i tak dalej i dalej, chociaż powoli na zegarze dochodziła dwunasta i wszystko zmierzało do wielkiego finału.

Oczywiście, wszystko się myliło, bowiem dwunasta wisiała na końcu sznurka zaczepionego na kiju zamocowanym na głowie wszystkiego, tak więc ruch do przodu był iluzorycznym, a ponieważ lustro, w którym widziało ono swe odbicie, trzymane przezeń w ręku poruszało się wraz z układem, to ten taniec z drutem kolczastym złudzeń w parze trwał nadal, śląc jedynie w kosmos drobne blaski próbnych wybuchów jądrowych, jak to zwykle z maczugami bywało, czynionych dla zachowania pokoju i propagacji miłości bliźniego na sześciu kontynentach.

W każdym razie herbata wystygła - zawyrokował kot leniwie schodząc z drzewa i oddalając się jak zwykle w nieznanym kierunku. Na drzewie pozostała jedynie samotna tabliczka z napisem "Beware the Jabberwocky".


24.10.2001