Tekst pochodzi z numeru 15 (2/2002) czasopisma Anyten Mlek. All rights reserved.
Opiekuńcze ryby
czyli pornos dla skrzelodysznych
Krystian Prusak

- Och, czemu znowu przyszedł czas na to głupie tarło. To wieczne mizdrzenie się do tych nudnych, wciąż jednych i tych samych samic, zapładnianie tych obślizgłych jaj...och, a potem pewnie znów dam się wystrychnąć na gupika i zostanę pozostawiony z suchą robotą bawienia się w mamkę. Ale nie tym razem - będę nieuległy na zaloty tych, tych... gorszych ewolucyjnie istot.

I tak obiecując sobie nasz biedny rybi bohater wpływał w rozmytą masę rybiego stada. Nagle, zupełnie niespodziewanie poczuł ból w okolicach linii nabocznej. Coś dużego i trudnego do zidentyfikowania uderzyło w niego. Wielkie zielone ślepia dziwnie się poruszały w trójkątnym łbie tego osobnika.

- Siemano Franek, kopę strumieni żeśmy się nie zderzali. Yow man, kumasz, patrz, co za laskę zarąbałem. Opierała się, ale znasz mnie... - przemówił ów dziwny osobnik.
- No, niezła. Upłynie.
- Hey, laluś, co ty, orekiniałeś?! Gdzie twój zachwaściały humor?
- Nie mam nastroju na tarło. Chcę zniknąć stąd - smutno zadumał się, a potem krzyknął do wszystkich:
- Pomożecie?
- Nie - zaśmiały się między sobą ryby. - Co za wariat? Mówi jak ten świr Bierek Burczygardziel. Tymczasem kolega Franka, znudzony złym nastrojem kuma, odpłynął by popatrzeć jaką piękną ikrę złożyła jego partnerka.
- Zenon, kto to był?
- Mój dawny kolega z Rybiotnamu. Ale jakiś nie w śluzie. Ma chyba fear of the sex, czy jak to się nazywa.
Biedny Franek próbował odnaleźć się w towarzystwie, gdy niespodziewanie koło jego płetwy brzusznej przepłynęła ryba. Nie, to nie była ryba,

Franek zobaczył niewodną anielicę o nieskazitelnej łusce, gładkiej niczym skóra najszlachetniejszych minogów, o morsko kuszącej płetwie ogonowej i pyszczku godnym boskiej Afroryby. W jednej chwili Franek zapomniał o swoich wcześniejszych przemyśleniach i odprowadzany szelmowskim uśmieszkiem kolegi popłynął, czym prędzej, na spotkanie przygody. Widział jak ta niewodna istota przepływa wśród nędznej masy ryb, a mimo to wydawało mu się, że byli sami - myśliwy i jego piękna ofiara. Reszta ryb unosiła się niby uwiędłe gałązki, muskające od czasu do czasu olśniewającą kibić wybranki jego jednokomorowego serca. Przestał obchodzić go cały szeroki strumień, wiedział tylko, że z nią właśnie, z tą marą ze snów chce spędzić resztę tarła.

Szybkim pływem zbliżył się do swej ofiary, a ta jakby nigdy nic płynęła dalej. Gdy zaszedł ją z lewej strony i niby przypadkiem otarł się o nią, ona płynęła dalej. Gdy próbował obejścia z prawej, ona nadal płynęła dalej. Kiedy zbliżył do niej swoją głowę, niby przypadkiem oberwał ogonem. Franek jednak, mimo mylnego wrażenia, nigdy nie poddawał się bez walki. Pamiętał słowa swego dziadka: "Uwierz w moc, która cię otacza". "Touch this" - pomyślał. Ich rozgrzane ciała spotkały się ponownie. Łuska ocierała się o łuskę, płetwa o płetwę. Zwarli się w uścisku, jakim nie powstydziłby się Herkokrab. Niewprawnemu obserwatorowi mogłoby wydawać się, że to zwykła bójka, jednak każde wytrawne oko bez trudu dostrzegłoby niezwykłą namiętność w ich ruchach, wskazującą nieomylnie na grę wstępną, chociaż trochę brutalną.

Nagle, niespodziewanie ciała rozstąpiły się, a samica, ocierając płetwą brzuszną pot, zaczęła powoli, ale znacząco, przynajmniej jak na rybę jej pokroju, wzdragać się. Zrobiła dziwny grymas na swej anielskiej paszczce, gdy z jej ogrodu miłości zaczęły powoli wylatywać kuliste, pokryte śluzem, kryształki. "Jeszcze nigdy nie widziałem takich złocistych jajeczek, chyba się zakochałem, jestem w nirwanie" - Franek westchnął w duchu, poczym ze zdwojoną energią zabrał się do polewania jaj swym królewskim, życiodajnym płynem. "No to ikrę mam z łba, czas zająć się jeszcze trochę panienką...." - urwał swe przemyślenia w chwili, gdy zobaczył, że obiekt jego westchnień oddala się.
- Hey, gdzie płyniesz, najdroższa?
- Jak to gdzie? Odpocząć. Zegnaj, miło było... hmm... poświntuszyć.
- No co ty? Musisz przecież zaopiekować się naszymi maleństwami... no i mną.
- Nie ma głupich, ja tylko złożyłam jajka. Mogłeś je przecież zostawić w spokoju, no nie?
- Eeeeeeee...
- Moja dewiza to: "Sex and nothing else matters". So long sucker.
- Kurde, i znowu dałem się zrobić w okonia. Ach, te kobiety... - pogrąża się w zadumie - wszystkie są takie same.

Chwilę jeszcze Franek spoglądał w stronę oddalającej się niewodnej anielicy, a potem zabrał za doglądanie przyszłego potomstwa. I tak to już od tysiącleci naiwne, ale o dobrym sercu, rybie samce dają się złapać w pułapkę podstępnych samic, a potem harując jak amury muszą marnować swój cenny rybi czas na opiekę nad młodszym pokoleniem...