Tekst pochodzi z numeru 16 (1/2003) czasopisma Anyten Mlek. All rights reserved.
Ciasto
Zuzia Pacholczyk

Robił ciasto. Dodawał po kolei wszystkie składniki. W całym domu pachniało zapowiedzią wieczoru przy kominku isłodyczy zmieszanej z lekką goryczą herbaty. Formował ciasto - jego twór, od początku do końca. Nie miało nikogo innego, było całkowicie zdane na łaskę iniełaskę swojego twórcy. Całą ufność pokładało w tym, którego długie palce delikatnie mieszały masę i z wyczuciem dodawały po trochu różnych rzeczy. Nieopodal grzał się piekarnik - zapowiedź nieba, zapowiedź spełnienia. W dużej misce powoli powstawało piękno. Gładka masa pachnąca kakaem, mąką, cukrem. Ufnie spała pod okiem tego, który był bogiem dla ciasta w jego półsferycznym świecie. Śniła o spełnieniu i szczęściu, o tej chwili, w której ciszy i spokoju wszyscy siedzą wpatrzeni w ogień; kiedy spory odkłada się na później po to, by rozkoszować się delikatną słodyczą ciasta, a wzajemna akceptacja unosi się delikatną mgiełką w powietrzu. Piekarnik się już nagrzał, do nieba było tak blisko...

Obudziło się. Trwało w niemym oczekiwaniu pełnym radości i ekscytacji.

Gwałtownie wbił ręce w ciasto. Rozgrzebał je aż do środka, do samego wnętrza. Z rękami oblepionymi ciemną masą wbijał paznokcie w coraz to nowe miejsca, aż miska była umazana masą, aż poranił sobie palce do krwi, aż jego ręce zniknęły pod warstwą ciasta. I krzyczał, tam w środku krzyczał. Potem uniósł miskę i cisnął nią o ziemię, później deptał, aż ze świata zostały tylko okruchy, aż z jego poranionych odłamkami stóp lała się krew, aż drobinki ciasta leżały martwo na zimnej podłodze.

Stał pośrodku tego ogromu zniszczenia, zły na tę ufną masę, dla której był jedynym bogiem. Jej spokojna obecność w domu była nie do wytrzymania. Wiedział, że to ciasto mogło tam stać, całe życie będąc gdzieś na skraju jego świadomości, cały czas patrzeć ufnie, ze spokojem, z jakimś śladem zrozumienia w oczach. O tak, ono miało oczy, setki oczu; w niektórych widział smutek, w innych radość, nawet teraz, nawet na zimnej podłodze. Poczucie obecności jakiejś innej, niezrozumiałej istoty, którą sam stworzył, było straszne. Musiał to zrobić, musiał zniszczyć, inaczej wszędzie by go ścigały te spokojne oczy z blaskiem oczekiwania. Nie zniósłby powrotów do domu, do tej cichej masy patrzącej ze swojego kąta. Musiał ją zniszczyć aż do środka, do samego sedna istnienia, musiał się upewnić, że w każdej drobinie jest już tylko zimna śmierć.

Jak to? Jak to? Czy to jest w ogóle możliwe? Ale dlaczego? Stworzyłeś mnie, aby zniszczyć? Dlaczego? Zimno, boże, jak zimno, jak strasznie... Gdzie ja jestem, co się dzieje, czemu tak boli? Czemu zniknął świat, czemu jest tak jasno, boże, już nic nie widzę, co się stało? Czy jeszcze w ogóle istnieję? Umieram! Odchodzę... Nie było szczęścia, nie było spełnienia... Boże, ratuj mnie!

Twoja nienawiść dusi z trudem złapany oddech.