Tekst pochodzi z numeru 16 (1/2003) czasopisma Anyten Mlek. All rights reserved.
Destrukcja
Zuzia Pacholczyk

Coś skrzypnęło pod moimi stopami. Spojrzałam na nie. To nie tak miało być. Stopy... miały mnie nieść do celu możliwie najprostszą drogą. I właściwą. Miały mnie spokojnie prowadzić poprzez zgiełk, a nie deptać uczucia, nie tratować istnienia i wyprowadzać na manowce. Na szczęście przechodzący nieopodal drwal poratował mnie piłą łańcuchową. Wolna od zdradzieckich stóp... Na moich rękach dojrzałam krew. Ręce? Też nie były lepsze. Miały być pomocne, wyciągnięte do innych. Miały otulać delikatnie kwiaty i uspokajająco głaskać inne istoty. Miały pielęgnować życie i miłość. Miały być twórcze, przekazywać ważne rzeczy i dawać nadzieję. I co? Były tylko zimne, ciągle zbyt zimne. Nie przynosiły nic poza cierpieniem, poza błędami. Gdziekolwiek je wyciągałam, kwiaty żółkły i padały, wszelkie życie tonęło we łzach. Miłość? Potrafiły ją tylko niszczyć... Na swoją obronę cośtam tworzyły, było to jednak oczywiste marnowanie kartek.

Za pomocą siekiery szybko i sprawnie usunęłam je ze swojego życia. Wraz z nimi na ziemię coś kapnęło. łza? Znowu? Za dużo już nieuzasadnionych łez moje oczy wylały. Oczy! Mój Boże, chciałam, żeby były szczere i otwarte, żeby mówiły "jestem obok, tu blisko". żeby ludzie mogli im ufać. Ale nie.. Nikt nie znajdował w nich tego, czego szukał, czego potrzebował. Nie było tam ciepła ani słońca i nikomu nie dawały oparcia. Ani nadziei. Ci, których chciałam bądź to nazywać Przyjaciółmi, bądź też kochać - widzieli tam tylko zimne błyski odrzuceń. Zbyt często lśniły w nich łzy wywołane cierpieniem przez nie - w ko niun kcji z dłońmi - powodowanym.

Na długim, ostrym haku oko prezentowało się znacznie lepiej. Spojrzałam sobie w oko. Zielone. Ironia, czyż nie? Jakże mu - zieleń? Wyrzuciłam je za siebie, drugiego pozbyłam się zresztą podobnie. Zapadła ciemność. Jeszcze tylko język, łatwo będzie go odgryźć. Tak, teraz już nie powie więcej niczego, co byłoby zimne i smutne, co mogłoby kogokolwiek zranić. W ogóle już nic.

Wolna od wszystkich cielesnych ograniczeń, które w pewnym sensie działały na opak, ułożyłam resztki swojego ciała na zimnej murawie. Nie będę już sprawiać cierpienia - pomyślałam wostatnim przebłysku świadomości.

Zapadła cisza.

Ale błąd tkwił głębiej...