Teksty pochodzą z numerów 7 (5/2000) oraz 16 (1/2003) czasopisma Anyten Mlek. All rights reserved.
Historia Anytena Mleka
Czyli bajania byłych naczelnych
Ryszard Kostecki & Konrad Grochowski

AM #1
Wszystko zaczęło się daaawno temu, gdzieś jesienią 1998 roku1. Wtedy to wpadł mi w łapy "Staszic Kurier" (był to zresztą pierwszy numer wydany przez ekipę do której należy znany przez niektórych Przemek Witrowy). SK spodobał mi się do takiego stopnia, iż zacząłem rozmyślać, czy by tu przypadkiem czegoś równie fajnego na naszym Hoffmaniackim poletku nie zasiać. Mniej więcej w tym samym czasie na tymże poletku wykiełkowała gazetka pod nazwą "Hoffmaniak", redagowana głównie przez ludzi z aktualnej klasy 4E. Gazetka była zorientowana raczej humanistycznie, ivogóle. Ogólnie rzecz biorąc - zostały wydane trzy numery i na tym się skończyło. W pewnym momencie chciałem nawet zaangażować się w nią, ale jakoś nie wyszło. Tak, czy siak, "ferment" trwał i doprowadził do tego, iż na początku mojej czwartej klasy, po tym, jak oddałem w ręce Roberta Trzaskowskiego stronę WWW Hoffmanowej, stwierdziłem, iż jednak stworzę (experymentalnie) gazetkę.

AM #2I wtedy się zaczęło... Jako wybrańców - czyli pierwszy skład - dobrałem trzech pomylonych przedstawicieli płci niepięknej: Skavena, Fru:, i Juriego. No i zaczęliśmy tworzyć. Na chwilę oddam głos Skavenowi, który zainspirowany "klymatem" napisał tak: Dawno, dawno temu w galaktyce tuż za rogiem i dwie przecznice dalej, w szkole nazwanej imieniem znanej pisarki, powstał dziwny twór. Stworzyło go czterech ludzi, jeden ryś, jeden wampir - po - godzinach i jeden mały (nie)groźny szczur. Twór ten to ideał szalonej krowy - mutanta. ANYTEN MLEK!!!!!!! Młody Anyten urodził się w badziewniku roku pańskiego 1999. Zaraz po urodzeniu robił nadzieję na młodego i zdrowego byczka. Niestety! W miesiąc po urodzinach wpadł pod Fiata Brava. Dzięki nowoczesnej technice udało się stwórcom przenieść go na kartkę papieru, gdzie został skopiowany. Z tych właśnie kartek powstała Gazetka. Wszystko w niej nawiązuje do naszego przyjaciela. Tytuł, forma. Nawet pisać będziemy o jego zainteresowaniach. PAMIĘTAJ CZYTELNIKU! Jest to pismo żałobne i nie śmieszne. Z poszanowaniem dla zmarłego - Demiurg Skaven. No właśnie. Jednym z podstawowych założeń co do charakteru gazetki była specyficznie rozumiana alternatywność, którą oczywiście musiał oddawać tytuł. A z tytułem zabawa była przednia, gazetka miała bowiem szansę nazywać się np. AWONAMFFOH. Na najlepszy pomysł wpadł Fru:, któremu to właśnie zawdzięczamy "Anytena Mleka" (jakby ktoś jeszcze nie wiedział, dlaczego właśnie ten tytuł, to niech go potraktuje jako anagram). Tytuł jednak nie był wszystkim, w sumie przecież gazetka oprócz tytułu powinna zawierać teksty, teksty, TEKSTY!2 W tzw. międzyczasie do redakcji doszła jeszcze Qczyna, wówczas jako sekretarka-praktykantka, co już kompletnie zniszczyło jakikolwiek porządek w redakcji, co zresztą było dobrze widać przez następne cztery numery: totalny chaos3. No, ale na razie jesteśmy we wczesnym listopadzie...

AM #3I tak, 23. listopada 1999, Anyten, po wielu perypetiach ze składem4 i statusem finansowo-ideologicznym, nareszcie został wydany! W ciągu trzech przerw rozszedł się cały nakład, aż trzeba było robić dodruk. Ogólnie rzecz biorąc, 70-80% opinii, jakie do mnie dotarły, były pozytywne; sprzedanych zostało 150 egz., ale według moich szacunków Anyten został przeczytany przez ok. 400 osób, czyli 2/3 szkoły.

Po pierwszym numerze opuścił nas niestety Fru:, a Skaven zaczął znikać z powodu chorób. No i znów było zabawnie - wszyscy pozostali przy życiu członkowie redakcji (zwłaszcza taki na R) próbowali coś uczynić, aby wydać AM#2. Z pomocą przyszedł Sawik, który nie dość, że dostarczył nam fajne fotografie, to praktycznie dzięki niemu AM#2 w ogóle wyszedł. Złożyliśmy go bowiem z jego pomocą i w jego domu. Takiego człowieka aż żal było zostawiać - zaoferowaliśmy mu przystąpienie do redakcji, na co on przystał (i chwała mu za to!). W ten sposób dnia pańskiego 23. grudnia 1999 wydaliśmy Anytena #2.

AM #4Po wydaniu drugiego numeru zrobiło się dość chryjowato, bowiem, w wyniku kilku moich decyzji i kilku (nie tylko moich) tekstów w AM#2, nastąpił zgrzyt z Dyrekcją... Ooops.5 No, ale tu się okazało, że Dyrekcja Naszego Liceum nie jest taka straszna, jak ją malują - sprawy zostały omówione, wyjaśnione i zamknięte6.

Tak stał się styczeń i tu nagle - ciach! bach! o kurczaczki! przecież mam za pięć miesięcy maturę! Aaaaa! I tak Skaven, w wyniku głosowania, przy braku innych kandydatów, został naczelnym. Niestety zaangażowanie Skavena w Anytena (no popatrzcie, jaki piękny rym!) malało wraz z upływem czasu, co można było zaobserwować w AM#3 i #4 chociażby poprzez dużą ilość wstawek typu "tu miał być tekst, ale Skaven go zgubił". W pewnym momencie redakcja się wkurzyła i Qczyna powiedziała "Sawik, jesteś naczelnym". Cóż... gdy kobieta każe... I byłoby wszystkim pod nadzorem Sawika fajnie, gdyby nie to, że istnieje zjawisko wywiadówek... W wyniku tego Sawik, masując dzielnie swoją obolałą pupcię, usłyszał od Tych, Którzy Mają Rację, "Anyten Mlek - nie!". I tak stał się pierwszym wirtualnym nieformalno-utajonym członkiem redakcji.

AM #5Chyba jakieś fatum zaciążyło nad redakcją! Nagle się okazało, że w redakcji są cztery osoby, ale jedna nie może, dwie nie umieją, a jedna lepiej, żeby tego nie robiła... (chodzi o skład, oczywiście ;-). Znów zostaliśmy przyparci do muru. W międzyczasie (jeszcze za Sawika) udało się nam jednak wydać AM#4 (bo AM#3 był za Skavena), oraz AM#41/2 (czyli lekko zmodyfikowany numer #4 przeznaczony na eksport w czasie dnia otwartych drzwi i innych okien) 7.

Wtedy na horyzoncie pojawiły się dwie ofia, tzn. osoby o dość dużych możliwościach - Góral & Grochu (wówczas pierwszaki). Złożyliśmy (dlaczego, qrde, znowu ja to robiłem?) im propozycję, a oni wspaniałomyślnie ją przyjęli. Została tylko problematyczna kwestia naczelnego... Z braku laku Skaven znowu miał swoje pięć minut, nie dotrwał jednak nawet do AM#5: władzę przejęła eks-sekretarka, eks-xerogirl, eks-ucząca-się-składu, eks-człowiek (przepraszam, zagalopowałem się...) ... Qczyna. I od tego czasu do dnia dzisiejszego to właśnie ona miłościwie pełni tą najwdzięczniejszą funkcję w redakcji.

Tak właśnie nasz periodyk (a właściwie to prawie miesięcznik!) szczęśliwie i spokojnie dotrwał do końca roku szkolnego. Oczywiście, nie tylko zawierucha wojenna ze składem redakcji była negatywnym zjawiskiem towarzyszącym powstawaniu Anytena (aczkolwiek właśnie dzięki niej nie wyrabialiśmy się na czas z numerami). Jednym z innych było na przykład to, że przez cały rok składaliśmy go na Wordzie (tak!), a znaczyło to koszmary po nocach i dożylne przyjmowanie kofeiny. Brrrr...

AM #6W wakacje, na Obozie G/T #3, doszło do Ostatecznego Rozwiązania Kwestii Redakcji: Rysieq złożył kolejną, ale ostateczną rezygnację (pozostając już tylko wirtualnie wiecznym naczelnym), a rozochocona tym Qczyna wraz ze swoim nowym mężem Konradem8, bynajmniej nie Wallenrodem, zdymisjonowała Juriego i Skavena... Ostateczny kołek osikowy należał jednak do Konrada - wbił go on w serce swego wyjęzyczonego brata Górala. I tak w redakcji pozostały dwie osoby... A tak bardziej na poważnie, to doszliśmy wszyscy do wniosku, iż pod pojęciem redakcji rozumiemy ludzi, bez których gazetka istnieć nie może, a nie takich, którzy się obijają i rzadko coś robią, w związku z czym Jurij i Skaven przekwaterowani zostali do Oddziałów Stale Współpracujących z redakcją, a Góral do Jednoosobowych Oddziałów Kandydatów Na Członków Redakcji. Ja oczywiście zostałem przesunięty do Oddziałów Czatujących Na Nagrodę Nobla Na Wydziale Fizyki, gdzie zaginąłem, ale jeszcze chwilę przed zaginięciem napisałem ten artykuł, który wysyłam w butelce po Bobofrucie. Bulbul!


AM #7
Odkryłem ostatnio, że nawet aktualni trzecioklasiści nie wiedzą skąd wziął się Anyten, ani ile już istnieje. Nie są może to najważniejsze informacje świata, ale mnie, jako powoli odchodzącemu ostatniemu elementowi Starej Gwardii zależy trochę na zachowaniu pamięci o burzliwych początków oraz późniejszych wzlotów i upadków Anytena. Poza tym, każdy kto będzie chciał czegoś się z tej historii dowie... Czego - nie wiem... Co było dla mnie w niej ważne - może kiedyś napiszę...

AM #8
Ale do rzeczy. Krótkie wyjaśnienie skąd ja się w tej redakcji wziąłem. Przypadkiem. Otóż na Dniach Otwartych w Hoffmanowej w marcu 2000 roku redakcji potrzebni byli ludzie, którzy jako pierwszoklasiści mogliby rozprowadzać gazetkę wśród kandydatów (#41/2). Ponieważ wcześniej jakoś poznaliśmy się (ja i Góral) z Sawikiem, ta robota przypadła nam... (Sawik zajmował się rozprowadzaniem). Potem Rysieq rzeczywiście coś tam powiedział o pracy w redakcji... A potem okazało się, że skoro lubię się z komputerem to mogę składać... I tak zostało. (Z początku Góral miał być drugim składającym, ale jakoś tak... wypadł po drodze - zajął się swoimi sprawami). Złożyłem przeto dziewięć numerów Anytena (5 - 14 bez 7). I jestem z tego dumny. Dlatego o tym piszę ;).

AM #9
Numeru siódmego (z którego pochodzi "Historia..." Ryśka) nie składałem z przyczyn "osobistych"... W domu miałem remont (co Rysieq ładnie opisał w numerze jako: "Jako, że Konradowi w domu zrywali podłogę, ten numer niestety składałem ja.") i byłem odgrodzony od komputera... Chlip. A #7 był bardzo ważnym numerem. Po pierwsze: pierwszy w nowym roku szkolnym, po drugie pobił wszelkie rekordy objętości. Składał się z 32 stron: 24 "zwykłego" Anytena i 8 Anytena Pierwszaka - czyli małego informatora dla pierwszoklasistów. Od tego numeru przyjęliśmy już jako faktyczną zasadę, że nie publikujemy "tekstów z internetu" oraz podnieśliśmy "minimum stron" z 16 do 20. Padł też rekord ilości kopii - 200.

AM #10
Nastał Złoty Okres Anytena, gdy wydawaliśmy go co miesiąc z minimum 20 stronami w 175 kopiach... Piękne czasy. Trwały do #11 - styczeń 2000.

Anyten odniósł też wtedy sukces na arenie ogólnowarszawskiej! W lutym 2001 w "Konkursie Gazetek Uczniowskich wydawanych na terenie Gminy Warszawa-Centrum" Anyten Mlek zajął drugie miejsce. Ponadto otrzymał wyróżnienie za "za promocję pozalekcyjnej aktywności naukowej". A z "osób prywatnych" nagrodzeni zostali p. prof. Natorf "za patronat nad redakcją" oraz Rysieq za "pracę na rzecz gazetki i uczniów szkoły również po zakończeniu w niej edukacji". Były nagrody i były gratulacje. Było fajnie na rozdaniu nagród. Było dobrze.

Dyplomy potwierdzające autentyczność opisywanych przeze mnie zdarzeń znajdują się w archiwum szkoły.

AM #11
Oczywiście wiedzieliśmy, że zajęliśmy tak wysokie miejsca po części dzięki dziwnemu regulaminowi punktacji... Otóż dodatkowe punkty dostawało się tam za każdego ujawnionego autora... A znacie chyba umowę pomiędzy redakcją a dyrekcją zobowiązującą nas do ujawniania wszystkich autorów... Nie chcę tym wyznaniem bynajmniej zmniejszyć zasług redakcji. Staram się po prostu napisać w miarę obiektywną historię... A poza tym, tak czy siak, kilkuosobowe jury złożone z przeróżnych ludzi musiało, oprócz punktów regulaminowych, wysoko nas ocenić. Jak na tak młodą gazetkę (dopiero co obchodziła rok) to był naprawdę sukces.

AM #12
Nas najbardziej ucieszyła możliwość porównania naszej pracy z osiągnięciami innych redakcji. Z pobieżnego wglądu w inne gazetki wyciągnęliśmy już czysto subiektywny, trochę podparty egocentryzmem wniosek, że jesteśmy naprawdę dobrzy. Podobało się nam, że chyba u nas właśnie było najwięcej tekstów nie koniecznie dotyczących bezpośrednio szkoły. Czyli tekstów powstających z czystej fantazji autorów. Z nich samych. To dużo.

Trzeba by jeszcze wyjaśnić tę "promocję poza lekcyjnej aktywności naukowej". Po prostu jako jeden z "tekstów w odcinkach" publikowana była historia (autorstwa Górala i mojego) dziwnych doświadczeń przeprowadzonych w klasie pierwszej przez Górala, Kamila Mateję i mnie. Otóż na własne życzenie siedzieliśmy w szkole do jakiejś siedemnastej w Hadesie i prowadziliśmy badanie zależności napięciowo prądowej oraz zależności napięcia od oświetlenia baterii słonecznej. Naszym celem było skonstruowanie światłomierza. Ujrzał on nawet światło dzienne, ale z powodu bardzo małego zakresu napięć, w którym udało nam się określić zależność, nie udało się go skalibrować... Ale było fajnie przesuwać baterię słoneczną co 5 centymetrów przez 5 metrów zbliżając ją do wielkiej 500 watowej żarówy! Ech, piękne czasy... Poza tym promowaliśmy działalność pozalekcyjną publikacjami na temat nowo założonego przez Górala Szkolnego Koła Astronomicznego Antares. Inne koła rzadko bywały zainteresowane współpracą z redakcją. Ich sprawa.

AM #13
Co do sukcesów to ważne był jeszcze listopad 2000 roku. Wtedy to premier Buzek zorganizował jednodniowe wyjazdy dla członków redakcji warszawskich gazetek szkolnych do Grecji. Od nas pojechała Qczyna. Wyjazd dotyczył roli dziennikarzy przy integracji europejskiej i wstępowaniu Polski do Unii. Pamiętam do dziś minę całej klasy kiedy zostałem wywołany z lekcji polskiego osobiście przez panią dyrektor... (z początku mieliśmy jechać oboje, ale ilość miejsc w samolocie jest ograniczona i brali po jednej osobie...). co do miny - też musiałem mieć nie ciekawą (taką jaką się ma kiedy robi się bardzo szybko mały rachunek sumienia...).

Dobra, tyle chwalenia się... Teraz bardziej konkretnie o samej redakcji. Od numeru ósmego do oficjalnego składu redakcji powrócił Sawik jako "marketing men". On zawsze zajmował się rozliczaniem gazetki, zakupem papieru itp., czasem tylko się "ukrywał", z powodów o których pisał Rysieq... Za to ciągłe rozliczanie to Sawikowi należy się chyba pomnik (to najgorsza, jak dla mnie, robota w redakcji - tylko liczenie forsy i ile komu dać i jeszcze kupić papier i jeszcze żeby się zgadzało i jeszcze żeby nie było "na minusie"... Dla mnie straszne).

AM #14
Pisałem, że Złoty okres trwał do numeru jedenastego. To małe zaokrąglenie, gdyż co prawda #11 miał 20 stron, ale tylko 10 naszych - był wydany do spółki ze Staszic Kurierem. Polegało to na tym, że Anyten i Kurier sprzedawane były w dwóch szkołach naraz jako jeden numer - z jednej strony SK, a z drugiej AM. To był jedyny numer niekserowany przez prof. Natorfa...

W #11 doszedł też do redakcji Paweł Lubowiecki (autor największej w historii Anytena "powieści w odcinkach" - Youkiego Poukiego) jako człowiek od ścigania autorów (zaczynało ich brakować), a docelowo miał przejąć naczelstwo po Qczynie. I przejął praktycznie zaraz po wydaniu #11. Od razu wziął się do roboty - chciał reformować, załatwić stałego fotografa, rysownika itp. Ale nie wyszło... autorzy byli to głównie "starzy", którzy powoli się "maturzyli" i przestawali pisać. Dopiero po trzech miesiącach udało się wydać #12. A numer 13, połączony z 14 dopiero po 11 miesiącach (zdążyłem już przejąć naczelstwo po Pawle), w marcu 2002. Przy czym numer 14 był cały napisany przez Ryśka i mnie... A 20 stron #13 zbieraliśmy rok... W tej sytuacji zdecydowaliśmy z Ryśkiem o zakończeniu działalności Anytena...

AM #15
Na obozie KGB (krajoznawczo-geologiczno-biologicznym) parę osób męczyło mnie, żeby Anyten jednak istniał... I stało się.

W bólach, ale póki co wciąż istnieje. Choć daleko mu do miesięcznika, to miłe, że jest.


o historii numerów #1-#7 pisał Rysieq (Ryszard Kostecki) we wrześniu 2000, zaś o historii numerów #8-#14 pisał Groch (Konrad Grochowski) w styczniu 2003.

1 - tak naprawdę to zaczęło się znacznie wcześniej, ale o tym traktuje już inny artykuł
2 - wtedy właśnie powstały powiedzonka "Wklep mi ten tekst na jutro", oraz "Napisz mi ten artykuł na wczoraj".
3 - ale przecież Skaven proroczo napisał we wstępniaku otwierającym Anytena Mleka #1: Nikt z redaktorów nie wiedział, co się w periodyku dzieje a czytelnicy tylko modlili się o następny numer. (!)
4 - korzystając z okazji, składam hołd Skavenowi za rzeczywiste poświęcenie przy robieniu pierwszego numeru
5 - tak naprawdę nie tylko z dyrekcją, ale częścią uczniów też, jakkolwiek ten pierwszy zgrzyt mógł być znacznie bardziej brzemienny w opłakane skutki.
6 - tu chciałbym podziękować Dyrekcji za to, że nie skorzystała z prawa "odgórnych decyzji" i nie zamknęła, często niesfornej, a na pewno niezależnej, gazetki, chociaż mogłaby to bez problemu uczynić. Dziękuję! Wiem, że w wielu innych szkołach dyrekcja od razu wprowadziłaby zakaz wydawania gazetki.
7- podczas którego trafiła się nam dziewczyna, która kupiła 5 egzemplarzy Anytena! Łał!
8- tak Grochu ma na imię...