|
 |
| Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 6/1996 |
|
|
|
Paul Dirac, jeden z największych fizykówXX wieku, miał po przeczytaniu Zbrodni i kary Fiodora Dostojewskiego powiedzieć: Dobra książka, ale jest w niej błąd - pewnego dnia słońce zachodzi dwukrotnie.
Poniżej pozwalam sobie na podobne uwagi w odniesieniu do dwóch innych znanych powieści: Władcy much Williama Goldinga i Wahadła Foucaulta Umberto Eco. Rozważam również zdumiewające doświadczenie opisane przez Tomasza Manna.
ŻYWA KROPLA
Wielki niemiecki pisarz deliberuje w Doktorze Faustusie nad różnicą między żywą i nieożywioną przyrodą. Przy tej okazji pisze: Kropla,
z czegokolwiek by się składała, (...) nie jest zwierzęciem, choćby
najbardziej prymitywnym, nie jest nawet amebą, zakładamy więc, że nie
może odczuwać apetytu na pożywienie ani zatrzymywać tego, co jej służy,
a tego, co nie służy, wydalać. To wszystko jednak robiła właśnie nasza
kropla. Wisiała odosobniona w szklance wody, gdzie Jonathan zapewne
przy pomocy cieniutkiej strzykawki był ją umieścił. Potem zaś robił, co
następuje. Brał pincetą cieniutką szklaną sztabkę, właściwie tylko
nitkę ze szkła, którą posmarował uprzednio szelakiem, i podsuwał w
pobliże kropli. Robił jedynie to, reszty zaś dokonywała kropla.
Wyrzucała na swą powierzchnię mały bąbelek, coś jakby wzgórek chłonny,
przez który wchłaniała w siebie całą sztabkę, w całej jej długości.
Sama rozciągała się przy tym wzdłuż, przybierała kształt gruszki, chcąc
całkowicie pochłonąć swój łup, tak aby końce jego nie wystawały, i,
daję na to słowo, zaczynała, znów się stopniowo zaokrąglając,
przyjmować kształt jajowaty, zjadając ów szelak ze szklanej sztabki i
zasilać nim swoje ciało. Dokonawszy tego, wyrzucała, powracając do
kulistego kształtu, czysto wylizany sprzęt, w poprzek poza swoje
brzegi, w otaczającąją wodę. (tłum. M. Kurecka i W. Wirpsza. Czytelnik, Warszawa 1962)
Tomasz Mann znany był ze skrupulatności, z jaką
odtwarzał realia w swoich powieściach. Przypuszczam więc, że opisane
doświadczenie nie jest tworem jego fantazji. Spróbuję je zatem
wyjaśnić. Początkowo kropla wchłania szklaną sztabkę posmarowaną
szelakiem. Dzieje się tak dlatego, że ciecz tworząca kroplę zwilża
powierzchnię sztabki. Odpowiada to sytaucji, kiedy w naczyniu z cieczą
powstaje menisk wklęsły. Zwilżanie danego materiału następuje wtedy,
gdy energia oddziaływania pomiędzy cząsteczkami cieczy i tego materiału
jest mniejsza niż energia oddziaływania pomiędzy cząsteczkami cieczy.
Wówczas układ dąży do powiększenia powierzchni kontaktu cieczy z
materiałem, by w ten sposób zmniejszyć swoją całkowitą energię.
Zwilżanie zaś nie zachodzi, gdy relacja pomiędzy wspomnianymi energiami
oddziaływania jest odwrotna. Wtedy minimalizowana jest powierzchnia
kontaktu. Menisk wypukły pojawia się właśnie wtedy, gdy ciecz nie
zwilża naczynia.
Wróćmy do opowieści Manna. Gdy sztabka znalazła się
już w kropli, szelak, którym sztabka była nasmarowana, zaczyna mieszać
się z cieczą; być może następują reakcje chemiczne. Ważne jest, że
zostaje on usunięty z powierzchni szkła. Wtedy ciecz nie zwilża już tej
powierzchni, więc kropla wyrzuca z siebie sztabkę, by sprowadzić do
zera wielkość powierzchni kontaktu cieczy ze szkłem. Ciekawe, czy
Tomasz Mann znał fizyczne podstawy doświadczenia, które tak sugestywnie
przedstawił.
KRÓTKOWIDZ NA BEZLUDNEJ WYSPIE
W swej najsłynniejszej powieści William Golding
opisuje w pewnym miejscu, jak chłopcy porzuceni na bezludnej wyspie
usiłują rozpalić ogień. - Okulary... będzie z nich szkło
powiększające! (...) Ralf przesuwał szkła to w przód, to w tył, to w
jedną, to w drugą stronę, aż lśniący biały obraz zachodzącego słońca
legł na kwałku spróchniałego drewna. Niemal w tej samej chwili
podniosła się wąziutka strużka dymu (...) Ukazał się malutki płomyk.
(...) - Moje szkła! - wył Prosiaczek. - Oddajcie moje szkła! (...) -
Rozmazane plamy i nic więcej. Ledwie widzę własną rękę. (tłum. W. Niepokólczycki. Czytelnik, Warszawa 1967)
Szkło powiększające skupia promienie światła w jednym
punkcie. Jeśli w tym miejscu znajdzie się łatwopalny materiał, a
światło będzie dostatecznie intensywne, to materiał oczywiście
zapłonie. Jednak ostatnie zacytowane zdanie z powieści Goldinga
wskazuje, że Prosiaczek był krótkowidzem - widział zaledwie swoją rękę.
Jego okulary były więc szkłami zmniejszającymi, soczewkami, które
promienie światła rozpraszają, nie zaś skupiają. A zatem o zapaleniu
ognia nie mogło być mowy. Podróżnikom można zaproponować, aby na
bezludną wyspę brali nie krótko, lecz dalekowidzów.
MAJESTATYCZNY IZOCHRONIZM I INNE TRELE MORELE
I wtedy zobaczyłem Wahadło.
Ruchoma kula na końcu długiego sznura umocowanego
do sklepienia chóru z izochronicznym majestatem i rozmachem
przemierzała swój szlak.
Wiedziałem - ale każdy wyczułby to z magii tego
spokojnego oddechu - że okres zależy od ilorazu pierwiastka
kwadratowego z długości sznura i owej liczby p, irracjonalnej dla
przyziemnych umysłów, lecz z boskiego nakazu wiążącej nieuchronnie we
wszystkich możliwych kołach obwód ze średnicą. (tłum. A. Szymanowski. PIW, Warszawa 1993)
Tak Umberto Eco rozpoczyna swoje Wahadło Foucaulta.
Prześledźmy ten krótki fragment. Galileusz miał kiedyś obserwować w
katedrze w Pizie kiwające się świeczniki zawieszone u stropu świątyni.
Wielki Włoch zauważył, że liczba wahnięć w ciągu jakiegoś odcinka czasu
nie zależy od tego, jak daleko świecznik się wychyla, czyli okres wahań
nie zależy od ich amplitudy. Właśnie owa niezależność to izochronizm
wahadła, który, jak twierdzi Eco, nadaje majestat jego ruchom. Jednak
Christiaan Huygens, wykazał w kilkadzisiąt lat po śmierci Galileusza,
że wahadło będące ciężarkiem na sznurku jest izochroniczne tylko dla
dostatecznie małych wahań. Pisanie więc o majestatycznym izochronizmie
wahadła Foucaulta, to trochę jak zachwycanie się kulistością kurzego
jaja. Wszak kulą jest ono jedynie w grubym przybliżeniu. W oryginale -
w wersji włoskiej - nieścisłość jeszcze bardziej rzuca się w oczy, gdyż
Eco pisze o "szerokich oscylacjach", kiedy to wahadło jest zdecydowanie
nieizochroniczne. W polskim przekładzie "szerokie oscylacje" na
szczęście wypadły.
Trzecie, przytoczone powyżej zdanie powieści, które
przetłumaczone zostało dosłownie, zawiera oczywisty błąd. Okres wahadła
nie zależy od ilorazu pierwiastka kwadratowego z długości sznura i
liczby p, lecz iloczynu tych wielkości. Przypomnę, że iloraz to wynik
dzielenia, a iloczyn mnożenia. W tłumaczeniu angielskim błąd świadomie
czy nieświadomie został poprawiony. Owe trzecie zdanie powieści jest
tak przełożone, że nie zawiera ani ilorazu, ani iloczynu. Brzmi zaś:
okres zależy od pierwiastka kwadratowego z długości sznura i liczby p. Co jest bez wątpienia prawdą.
W lutym 1851 roku ukazała się praca francuskiego fizyka Leona Foucaulta zatytułowana Dowód fizyczny ruchu Ziemi przy pomocy wahadła obrotowego.
Ideę dowodu najłatwiej zrozumieć, gdy wyobrazimy sobie, że obserwator
przenosi się na biegun np. północny. Wahadło zawiesza w punkcie leżącym
na przedłużeniu osi obrotu Ziemi i wprowadza je w ruch. Ponieważ
bezwładność materii zapewni niezmienne położenie płaszczyzny wahań,
nasz obserwator będzie mógł stwierdzić ruch obrotowy Ziemi względem
nieruchomej płaszczyzny. Obracanie to podobne będzie do pozornego ruchu
sklepienia niebieskiego i w ciągu 24 godzin nastąpi pełny obrót. Gdy
obserwator z wahadłem oddala się od bieguna na południe, zjawisko się
komplikuje, gdyż punkt zaczepienia wahadła kręci się wraz z Ziemią.
Obrót płaszczyzny wahań względem Ziemi staje się wolniejszy, a na
równiku całkiem zanika.
Foucault przeprowadził drobiazgowe pomiary, które
świetnie zgadzały się z obliczeniami teoretycznymi. Dowiódł tym samym
zupełnie bezpośrednio istnienie ruchu obrotowego Ziemi. Później
wykonano jeszcze dla celów demonstracyjnych doświadczenie z wielkim,
blisko siedemdziesięciometrowym wahadłem, które kiwało się pod kopułą
paryskiego Panteonu. Potężna kula ważąca aż 28 kg zaopatrzona była w
rylec, który znaczył ruch wahadła na piasku rozsypanym pod wahającym
się ciężarem.
Eco tak pisze o owym doświadczeniu. Miedziana kula
słała blade, migotliwe refleksy ostatnich promieni słonecznych
przenikających przez szyby. Gdyby jak kiedyś muskała swym ostrzem
warstewkę wilgotnego piasku na posadzce chóru, przy każdym wahnięciu
kreśliłaby na ziemi delikatną bruzdę, owa zaś bruzda, zmieniając
nieustannie kierunek o nieskończenie mały kąt, coraz bardziej
poszerzałaby się w kształt szczeliny, parowu, pozwalając odgadnąć
promienistą symetrię - niby zarys mandali, niewidoczna struktura
pentaculum, gwiazda, mistyczna róża.
Ponieważ okres wahadła zawieszonego w Panteonie
wynosił 17 sekund, a pełny obrót płaszczyzny wahań następował po 32
godzinach, rylec narysowałby w istocie gwiazdę o blisko siedmiu
tysiącach ramion. Trzeba wyjątkowej wyobraźni, aby dopatrzeć się w niej
róży. Eco zajrzał zapewne do któregoś z podręczników mechaniki, gdzie
dla uwypuklenia charakterystycznych cech rysunku, okres wahadła czyni
się zaledwie kilka razy mniejszym od okresu obrotu Ziemi. Wtedy
faktycznie uzyskuje się coś podobnego do kwiatu o kilku płatkach, lecz
bliższego stokrotki niż róży.
Odpowiedź na "metafizyczne" pytanie Eco, jak
obracałaby się płaszczyzna ruchu wahadła, gdyby jego koniec
przytwierdzony został u szczytu kopuły Świątyni Salomona, jest zaś
banalnie prosta. Uwzględniwszy, że Jerozolima znajduje się na 32o
szerokości geograficznej łatwo obliczyć, że wahadło musiałoby się kiwać
aż 45 godzin, aby nastąpił pełny obrót płaszczyzny wahań. Fizyka
rzeczywiście dostarcza wielu metafizycznych pytań, tylko czy wahadło
Foucaulta jest ich przedmiotem?
Dr hab. STANISŁAW MRÓWCZYŃSKI pracuje w Instytucie Problemów Jądrowych w Warszawie.
|