Hoza 69 in 1979


(graphics: Marian Stępień)

Świątynia fizyki przy Hożej

Jerzy Kasprzycki
Warszawskie pożegnania, Życie Warszawy, no. 205, 1-2 Sept. 1979

Kiedy przed czterdziestu laty Niemcy napadły na Polskę, oznaczało to nie tylko niewolę oraz olbrzymie straty ludzkie i materialne, ale też szczególnie bolesne uderzenie w ciągłość prac intelektualnych w naszym kraju. W wielu dziedzinach nauki mieliśmy już wtedy wybitne osiągnięcia, które można było traktować jako zapowiedź przełomowych w skali światowej wyników jakościowych. Świadkiem takich działań stał się budynek Instytutu Fizyki Doświadczalnej UW przy ulicy Hożej 69. Z frontonu przypomina świątynię - i rzeczywiście jest to obiekt kultu: od lat krzątają się tu kapłani i wyznawcy nauki, uważanej słusznie za najważniejszą dla cywilizacyjnego rozwoju ludzkości.

Sam gmach zaczęli budować jeszcze przed I wojną światową carscy administratorzy - podobno z przeznaczeniem na reprezentacyjną szkołę rządową. Po odzyskaniu niepodległości budowę dokończono z myślą już o potrzebach Uniwersytetu. W styczniu 1921 roku nastąpiło tu otwarcie Zakładu Fizyki Doświadczalnej, którego wieloletnim kierownikiem był światowej sławy uczony, profesor Stefan Pieńkowski. Wkrótce zakład otrzymał z Fundacji Rockefellera nowoczesne wyposażenie i rozwinął badania zwłaszcza w zakresie fizyki [molekularnej, ale także fizyki jądrowej i] cząstek elementarnych.

W 1932 roku dr Andrzej Sołtan zakończył budowę skonstruowanego przez siebie akceleratora do przyspieszania cząstek elektrycznie naładowanych. Było to wprawdzie urządzenie o stosunkowo małej energii przyspieszenia, ale w pełni zgodne z ówczesnym światowym poziomem badań jądrowych. Projektowano też budowę cyklotronu. Wszystkim tym dokonaniom i zamiarom położył brutalnie kres hitlerowski najazd we wrześniu 1939 roku.

Podczas oblężenia stolicy pociski nie ominęły Instytutu, potem w pierwszych dniach okupacji żołnierze bezkarnie plądrowali budynek szacownej placówki naukowej. Zainteresowanie nią po kilku miesiącach przybrało formę "urzędową": w majestacie hitlerowskiego prawa wywieziono do Rzeszy cenniejsze urządzenia i dokumentację, w gmachu zaś przy Hożej urządzona została dla Wehrmachtu wojskowa składnica map. Wiąże się z tym pewien mało znany epizod. Pozostawieni tu polscy pracownicy pilnie obserwowali rodzaje map, wysyłane do sztabów i składnic frontowych na Wschodzie, i przekazywali te informacje wywiadowi polskiego podziemia, co ułatwiało aliantom prognozowanie niemieckich poczynań ofensywnych.

Aby uzasadnić konieczność przebywania w gmachu Instytutu polskich naukowców, prof. Pieńkowski zorganizował tu tzw. Zakład Pomiarów Fizycznych dla polskiego zarządu miejskiego. Oficjalnie wykonywano użyteczne badania próbek wody, lamp gazowych i innych instalacji komunalnych. Jednocześnie przygotowywano plany powojennej rozbudowy Instytutu już w wolnej Polsce. W tym środowisku nikt nie wątpił ani przez chwilę, że wojna niebawem się skończy i że Polska będzie znów wolna.

Wkrótce po wyzwoleniu Warszawy zaczęli wracać z różnych zakątków kraju i z całego świata ci, którzy przeżyli kataklizm. Już w kwietniu 1945 roku prof. Pieńkowski zaczął organizowanie odbudowy Instytutu. Odnowiono kontakty z przodującymi zagranicznymi ośrodkami naukowymi, w których wizytówka: "fizyk z Warszawy", tak samo jak przed wojną, otwierała wszystkie drzwi. "Świątynia" przy ulicy Hożej była teraz za ciasna, wciąż ją rozbudowywano, o dawnym wystroju architektonicznym mówi już tylko środkowa część elewacji.

Instytutowi, nieodrodnemu dziecku Warszawy, towarzyszyły w jego rozwoju wszystkie stołeczne powojenne możliwości i niemożliwości. Gdy w swoim czasie prof. Leopold Infeld pragnął przekonać kolegów, że uda się w terminie ukończyć nowe pracownie i sale wykładowe, posłużył się przykładem tempa odbudowy naszego miasta.

Ze "świątyni" przy ulicy Hożej promieniowały silne impulsy rozwojowe polskiej fizyki doświadczalnej i teoretycznej. Powstawały nowe, komplementarne placówki w Warszawie i poza nią. Tworzyli je coraz częściej młodzi wychowankowie profesorów z Instytutu przy ulicy Hożej - wychowawców, którzy obok własnych osiągnięć naukowych równorzędnie co najmniej oceniają swój "dorobek kadrowy", wykształcony w atmosferze wysokich wymagań i rozległości horyzontów intelektualnych.

Spójność wewnętrzna celów i środków wydaje się jednym z najbardziej charakterystycznych przejawów życia codziennego w ośrodku naukowym przy ulicy Hożej.

(przedruk w książce: Jerzy Kasprzycki, Korzenie miasta. Warszawskie pożegnania, tom I s. 33-34, Wydawnictwo Veda, 1996)